Bł. ks. Antoni Rewera
Kapłan, jako wzór miłosierdzia chrześcijańskiego i osobistej jego ofiarności
Konferencja wygłoszona w Obrazowie dn. 10 grudnia 1931 roku.
"Żal mi tego ludu". Mar.VIII.2
Słowa powyższe wypowiedział najprawdziwszy i najlepszy miłościwszy miłośnik ludu Jezus Chrystus. On to, by ludowi swą miłość namacalnie pokazać, rodzi się z niewiasty, która choć królewna, przez zubożenie rodu podobną się stała do niewiast z ludu; a za opiekuna i ojca przybranego ma tego, który choć pochodzeniem królewicz, zamiast berła i tronu ma w ręku narzędzie rzemieślnicze i warsztat rzemieślniczy, przez co do ludu się zbliżył, z nim zrównał. Pan Jezus chciałby Go za syna cieśli miano.
Wychowuje się na podobieństwo dzieci ludu i pracuje do trzydziestego roku życia jak zwykły syn ludu. Dzięki temu sam przeżył, przecierpiał dla ludu i zapoznał się, po ludzku mówiąc, z jego potrzebami, z bólami i radościami, - doświadczył na sobie jego traktowanie przez możnych tego świata. Nie dziw, że, jako sprawdzian swego mesjaństwa chciał to uważać, iż "ewangelia jest ubogim przepowiadana" (Mat.XI.5). Do ludu idzie ze swą boską nauką i niesie mu pomoc i pociechę wszelką. To też, choć z naciskiem zaznaczył, że trzeba się przede wszystkim starać o królestwo niebieskie i sprawiedliwość, czyli doskonałość, która doń wiedzie, dodał jednak: "a wszystko inne - tj. ziemskie - przydane będzie" ( Mat.VI 33).
W myśl tego uczy o królestwie niebieskim, wskazuje drogi do niego wiodące, - każe wszystko porzucić, sprzedać dla jego zdobycia, - opuścić nawet najserdeczniej umiłowane osoby, jeśliby stawiały przeszkody w osiągnięciu tego królestwa, - wreszcie powiada:, "co człowiekowi pomoże, choćby cały świat zyskał, jeśliby szkodę na duszy poniósł" (Mar.VIII.36). Ale jednocześnie przy największej trosce o dusze swoich słuchaczów, w różnorodny sposób troszczy się i o ich ciała i o ich potrzeby doczesne, czyli o różne "przydatki". Widząc ich zgłodniałych z powodu trwania przez kilka dni na słuchaniu słowa bożego, lituje się nad nimi, mówiąc "żal mi tego ludu" i rozmnaża cudownie chleb i ryby. Widząc ich rany i kalectwa, leczy je. Ich smutki i bóle koi. Wszędzie przechodzi "dobrze czyniąc" dla dusz i ciał tych, nad którymi lituje się Jego boskie Serce.
Idąc śladami swojego Boskiego Założyciela, Kościół święty od samego zarania szedł do ludu z Ewangelią, ale i ze środkami doczesnymi. Już w gminie jerozolimskiej za życia apostołów jest staranie o wdowy. Dla lepszego wykorzystania tej pieczy wyświęcono siedmiu diakonów, którzy by służyli stołem ubogich (Dz.Ap.VI.2). Św. Paweł zbiera jałmużnę dla ubogich kościoła w Jerozolimie. Majętniejsi przynoszą do stóp apostolskich swe mienie. Skutkiem tego "żadnego między nimi nie było niedostatecznego", jak opisują Dzieje Apostolskie (IV.32.34.).
Ubóstwo przestało istnieć, bo też zrodziło się nawet zamiłowanie ubóstwa. Doszło do tego, - apostolskie nauczanie taką rozbudziło w ówczesnych wiernych miłość wzajemną, że zdawało się, jakoby wśród nich "było jedno serce i jedna dusza" (IV.32. 34). To godzenie ubogich z bogatymi we wszystkich wiekach następnych prowadzili następcy apostolscy. Kościół, odnawiając i uszlachetniając wszystkich w Jezusie Chrystusie, odrodził życie rodzinne i życie publiczne, powoli zniósł niewolnictwo, uzacnił pracę, zajął się poprawą losu ubogich i chorych, zakładał schroniska dla starców i sierot, słowem krzewił cnotę miłosierdzia chrześcijańskiego. Szerzył przy tym kulturę, uczył nawet jak należy starać się o dobrobyt materialny.
Gdy zachodziła paląca potrzeba, to nie żałował najkorzystniejszych naczyń kościelnych na ratowanie potrzebujących lub wykupno niewolników. Własność swą poczytywał i nazywał "ojcowizną biednych". To wszystko czynił, bo przenikniony duchem Chrystusowym, w każdym wieku na wieku na widok potrzeb swych wiernych mówił: " żal mi tego ludu". Tak czynił we wszystkich krajach, gdzie się zadomowił, tak czynił i czyni w naszej ojczyźnie. Jego przedstawicie papieże, biskupi i kapłani na drodze miłosierdzia chrześcijańskiego wszędzie przodują. I nie tylko pobudzają świeckich do czynów miłosiernych, ale i swoim mieniem posługują się ku ratowaniu niedostatecznych i cierpiących. Małoż to mamy po wszystkich diecezjach fundacji dobroczynnych biskupich i kapłańskich? Wielu, choć nie ze swego majątku, bo go nie mieli, utworzyło instytuty dobroczynne, stawszy się jałmużnikami gromadzącymi z ofiar grosze, nierzadko okupione upokorzeniami i zniewagami. Miłość ubogich i cierpiących osładzała im je i radosnymi czyniła. Za dni naszych, pomimo tylu wynalazków i postępów w technice i w gospodarstwie, raju nie mamy na świecie i niestety nie przestał on być doliną łez i wygnania człowieka.
To też dla dobroczynności jest szerokie pole działania. Na tym polu nie może brakować duchowieństwa pod karą sprzeniewierzenia się przepięknej tradycji kościelnej i duchowi najwyższego i najpierwszego Kapłana Nowego Zakonu, - pod karą ściągnięcia na się tej niesławy, na jaką sobie zasłużyli kapłan i lewita izraelscy, którzy okazali brak serca dla człowieka pobitego i ograbionego przez zbójców na drodze z Jerozolimy do Jerycha. Każdy kapłan, jeśli ma być kapłanem naprawdę katolickim, czyli według Serca Bożego, musi być człowiekiem wielkiego, a litościwego serca dla wszelkiej biedy i każdego bólu, - musi być "miłosiernym samarytaninem", aniołem opiekuńczym, pocieszycielem, ojcem ubogich, umiejącym rozbudzić w duszach parafian lepiej się mających uczucie litości i czynnej miłości ku tym, co cierpią i głodują, a jednocześnie dzielącym się swoim groszem. Sam żyjąc z ofiary, musi się zdobywać na ofiary.
Pewien autor rozmyślań kapłańskich ("U stóp Mistrza" X. Antoni Huonder. Kraków 1917) pięknie się wyraził, że na każdej plebanii winien jaśnieć napis:, "Kto tu prosi, otrzyma, - kto szuka znajdzie:, kto kołacze, temu otworzą" (Łukasz IX.9). I on, patrząc na dolę ludu, musi z Chrystusem czuć i mówić "Żal mi tego ludu". Wtedy plebania nie będzie twierdzą, do której się nikt potrzebujący dostać nie może, lub jeśli się do niej dostanie, to albo zamknie mu ojciec duchowny drzwi przed nosem i powie w uniesieniu: "próżniaku, łajdaku nie chciało ci się robić i mnie nie dajesz spokoju, wynoś się, bo cię psem zaszczuję", lub jeżeli co da, to w taki przykry sposób, że datek obdarzonemu goryczą się stanie. Miłosierdzie kapłańskie to nie tylko datek pieniężny, lecz wszelka pomoc okazana bliźniemu potrzebującemu. Niejednokrotnie dobre, ojcowskie słowo, rada roztropna kapłana więcej dla niejednego stanowią niż grosz mu dany.
Wchodzenie w położenie parafian przy załatwianiu przeróżnych czynności pasterskich, zwłaszcza gdzie idzie o "jura stolae" to także akty miłosierne, które ściągają na głowę jego błogosławieństwa Boże i ludzkie. Nic tak nie odstręcza serca ludu od kapłanów jak ich "serce twarde i suche, bezlitosne i obojętne, nawet na najtkliwsze błaganie i najstraszliwszą nudzę". Zdaje mi się, że Aleksander Świętochowski w swojej niby "Prawdzie" pisał: "Nie tyle nasze gazety i agitacje zaszkodzą Kościołowi, co chciwość kapłanów". Chciwość to drugi biegun miłosierdzia. Ona gotowa wszystko zabrać, a nic nie dać, niczym się nie podzielić. Ono przeciwnie to, co bierze i co ma, chętnie rozdaje. Iluż kapłanów głuchych jest na zasadę chrześcijańską: "lepiej jest dawać niż brać" (Dz. Ap. XX.35).
Kapłan, zwłaszcza proboszcz, winien w swej parafii popierać w miarę możliwości instytucje dobroczynne, a jeżeli ich brak, postarać się o ich założenie. Gdzie jest Towarzystwo Dobroczynne winien do niego należeć i wspomagać je. Gdzie są domy dla starców, należałoby je utrzymać i rozwinąć, a gdzie ich nie ma postarać się o ich założenie. Dawniej prawie każda parafia miała takie przybytki starości z pewnym zaopatrzeniem w ziemi. Podobno w wielu parafiach morgi zapisane dla starców obrócono na utrzymanie organisty lub kościelnego, a domy dla służby kościelnej. Proboszcz powinien tę rzecz wznowić i do pierwotnego stanu przywrócić. Zakłady Zytanek, ochronki i konferencje św. Wincentego a Paulo, muszą być bliskie i drogie sercu duszpasterza. Chorzy muszą mieć w nim swego przyjaciela. Oprócz tego dopomaganie młodzieży, pragnącej się poświęcić stanowi duchownemu, wspieranie misji, datki na kaplice i kościoły, budujące się w ubogich parafiach zwłaszcza kresowych, musi wchodzić w zakres miłosierdzia kapłańskiego. Ręce kapłana winne być zwrócone nie ku sobie, ale ku ludziom, winny być narzędziem nieustannej dobroczynności we wszelkiej postaci, jako ręce poświęcone, jako ręce piastujące Tego, który powiedział: "Jam jest chleb żywy, który z nieba zstąpił" (Jan XLI.52). Nie dość ludzi od ołtarza błogosławić, lub pięknie do nich mówić i słownie się nad nimi litować, lecz trzeba czynnie okazywać miłość bliźniego, bo inaczej, jak "wiara bez uczynków martwa jest" (JakubXX.26), tak i duszpasterstwo bez uczynków miłosiernych martwym stać się musi. To znaczy, nie sprawi ono żadnego pożytku. Brak litościwego serca w kapłanie czyni zeń urzędnika, odrabiającego swoje kawałki, lub nawet tyrana, który dzięki twardemu jarzmu, jakie nakłada na swoich parafian, obrzydza im słodkie a miłe nad wyraz jarzmo Chrystusowe i wielu popycha do odstępstwa od wiary, rzuca w objęcia sekt i herezji. Przeciwnie dobre, szlachetne, miłosierne serce kapłańskie wiernych utwierdza w służbie Bożej, a niewiernych pociąga na łono Kościoła świętego. Kapłan nie może za cel swego życia uważać bogacenie się przez zakupno majętności lub zbieranie grosza, który mu złodzieje mogą ukraść lub śmierć go z nich wyzuje. Nie wolno mu być księdzem "pieniążkiewiczem czy kuponińskim", bo to go nie czyni bogatym dla Boga i narazi na utratę skarbów niebieskich.
Z tego nie wynika, by wszystko, co ma, koniecznie rozdał; że nie wolno mu robić żadnych oszczędności. Owszem musi myśleć o swojej przyszłości, ale z pamięcią na przestrogę Chrystusową: "Przede wszystkim szukajcie królestwa Niebieskiego" (Mateusz VI.33), "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" (Mateusz V.7). Dawniej zdarzały się wypadki, że kapłani żebrali. Ale dziś, gdy mamy dom emerytalny, nie ma obawy, ze łaską Bożą, by ktokolwiek z kapłanów na ulicy wyciągnął rękę. Owszem spełni się na nas słowo Ewangelii: "date et dabitur vobis"(Łukasz VI. 38). Pomnożymy grono kapłanów miłosiernych, choćby nie w tym stopniu jak Bodouin, Bosco, Vianney, Kolping, Kurnowicz i inni, ale w każdym razie dobroczynnych, którzy świecili przykładem w ocieraniu łez płaczących ubogich wdów i sierot, czy ratowaniu inwalidów, terminatorów lub bezrobotnych. Wtedy plebania będzie domem miłosierdzia, a jako taka, stanie się twierdzą wiary, ostoją życia katolickiego, o co nam przede wszystkim iść powinno.
W interesie, przeto Kościoła św., pożytku naszej Ojczyzny, w szczególności naszych parafian, i własnego zbawienia przez całe życie nasze urzeczywistniajmy słowa Boskiego Pasterza: "Żal mi tego ludu".
Nadesłane artykuły opublikowane w serwisie internetowym są własnością autorów.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.