Abp prof. dr hab. Józef Życiński
Celebracja Jubileuszu 2000 w diecezji sandomierskiej
Homilia
"Na to rzekła Maryja: «Oto ja, Służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa.»"
Drogi Księże Biskupie Wacławie, Pasterzu Kościoła Sandomierskiego, Czcigodni Bracia w posłudze biskupiej i kapłańskiej, Drogie Siostry Zakonne, Kochani Wierni!
Tak już jest w historii zbawienia, że kiedy mają nastąpić jakieś bardzo ważne wydarzenia Bóg posyła anioła i poleca specjalne funkcje kobiecie. Tak jest w dzisiejszej Ewangelii również. Pojawia się anioł i Maryja otrzymuje Bożą propozycję.
Dziś, gdyby powtórzyła się podobna historia, najprawdopodobniej nie pisano by o niej na pierwszych stronach gazet, bo oczy świata i wtedy, i dziś, skoncentrowane były na innych wydarzeniach. Skądinąd tamten kontekst był bolesny: wojska okupanta stacjonujące na ziemi palestyńskiej, skłócone elity, ponura perspektywa, Herod władca reprezentujący niewielki poziom moralny. To wszystko mogło rodzić pesymizm, ale optymizm przychodzi od Boga. Dokonuje się to, co zapowiadał prorok Izajasz: "Pan sam daje znak: "Panna pocznie i porodzi Syna"". I przychodzi, włączając się w historię ludzkości, Chrystus. Tak jak słyszeliśmy dziś w Liście do Hebrajczyków. Przychodzi, aby pełnić wolę Bożą, aby wielki Boży plan zbawienia ludzkości mógł się realizować.
Dziś w liturgii dziękujemy Bogu za tę Bożą obecność w czasie, za te wielkie plany zbawcze, do których powołani jesteśmy jak Maryja. Nieraz patrząc na świat, nawet niektórzy z chrześcijan, skłonni byliby do pesymistycznych ocen i sugerują, że nie wyszło, nie udał się Bogu plan zbawczy. Bo widzą tyle powodów do pesymizmu i tyle niepokojących zjawisk. Więc dzisiaj w dziękczynnej Mszy świętej, kiedy czujemy przełom tysiącleci, dziękujmy Bogu za to co dobre, za Jego ustawiczną obecność w czasie, za niewidzialny świat łaski, za to, że tworzymy społeczność Kościoła, w którym możemy umacniać naszą nadzieję.
Jest tyle powodów do wdzięczności i nasze pokolenie doświadczające przełomu tysiącleci winno za te powody dziękować. A tymczasem nieraz przejęci kłótniami politycznymi czy niepokojącymi prognozami nie dziękujemy, tak jak gdyby dla katolika polityka była ważniejsza od Ewangelii - a nie jest i nie powinna być.
Więc dziękujmy dziś Bogu przede wszystkim za ten pontyfikat. Przez dwa tysiące lat żadne inne pokolenie nie mogło się cieszyć papieżem Polakiem. My, jego rodacy, w szczególny sposób winniśmy za to dziękować. Jak również za styl tego pontyfikatu. Kiedy patrzymy na wielkie rzesze wiernych, które towarzyszą Ojcu Świętemu w jego kolejnych pielgrzymkach, kiedy patrzymy jak w Paryżu, który był symbolem laicyzacji wówczas, gdy prognozowano, że przyjedzie sześćdziesiąt tysięcy młodych Francuzów, a przyjechało ponad milion, widzimy współczesne działanie łaski. I nie przesadza amerykański filozof Michel Nowak, kiedy pisze, że obecny pontyfikat trzeba będzie włączyć w historii Kościoła do dziesięciu największych pontyfikatów historii. To jest powód do naszej satysfakcji, to jest powód do naszej wdzięczności.
A potem to, że na naszych oczach upadł system przemocy i fałszu, który miał budować rzekomo najpiękniejszy ustrój. To, że ci, którzy kłamstwo i zło moralne wybierali jako normalną metodę działania, musieli ze wstydem przyznać swój błąd, to że stworzono warunki, by prawda była prawdą, jest kolejnym powodem do wdzięczności. Takich powodów do wdzięczności można by wyliczać wiele. Nieraz widzimy tylko to co złe, bo to dostaje się na czołówki gazet. A ileż w naszym kręgu dobra, ile świętych, zacnych kobiet, które tak jak Maryja potrafią dyskretnie każdego poranka wyszeptać Bogu swoje "niech się stanie" i żyć w tej Bożej perspektywie, tymi wartościami, które ukazuje nam On w Ewangelii. I nie tylko kobiet.
Przed trzema miesiącami w Lublinie ogłosiliśmy zachętę, żeby młodzież zgłaszała się na ochotników, którzy opiekować się będą jako woluntariusze chorymi, cierpiącymi, samotnymi. Zgłosiło się czterystu studentów - po jednym zaproszeniu. To świadczy jak wiele jest jednak idealizmu w ludzkich sercach i jak wiele piękna i wrażliwości. Więc nie bądźmy pesymistami. Jak wyglądałaby Maryja pesymistka, gdyby usłyszała Bożą propozycję? Powiedziałaby, że to nie dla niej, że to za trudne, że ona sobie nie poradzi, żeby anioł rozejrzał się za kimś w Jerozolimie albo przynajmniej w Kafarnaum, a nie tutaj w małym miasteczku na prowincji, ona nie jest do tego przygotowana, nie da rady. Lęk może czasem prowadzić do fałszywej pokory. A Ona zmieszana i zaskoczona, zjednoczona z Bogiem, prosiła o wyjaśnienie i podjęła tę propozycję, którą Bóg stawiał przed Nią.
Więc i my, kiedy patrzymy na dzisiejszy świat, nie obawiajmy się, jakie będzie to trzecie tysiąclecie. Nie słuchajmy fałszywych proroków, którzy mówią, że na pewno będzie pogańskie. Nie wsłuchujmy się w tych, którzy straszą Europą, Azją czy Ameryką. Cały świat jest Boży, my jesteśmy posłani na cały świat. Kiedyś, gdy Kościół zaczynał swoją misję, ograniczał się do niewielkiego kręgu Ziemi Świętej, którą teraz nawiedza Ojciec Święty. Gdyby Apostołowie się bali, gdyby nie popłynęli w stronę Europy, to cóż, zostałaby tamta garstka chrześcijan, nie byłoby wielkiej chrześcijańskiej kultury.
Ta odwaga, której uczy nas Maryja w dzisiejszej Ewangelii, niesie i dla nas zobowiązanie. Śmiem twierdzić, że ta odwaga potwierdzała się w historii Kościoła i w naszej najnowszej historii. Mieliśmy pesymistów, którzy twierdzili, że wystarczy dwadzieścia lat rządów komunistycznych, a nikt w Polsce nie będzie chodził do Kościoła. I ten, który nie chciał odbudowywać kościołów Warszawy, bo twierdził, że nikt nie będzie chodził do kościoła. Gdyby żył trochę dłużej, mógłby zobaczyć jak w procesji milenijnej ponad pół miliona mieszkańców Warszawy wyszło na ulice dając świadectwo swojej wiary, patrząc z sarkastycznym uśmiechem na ideologów.
Później specjaliści od posępnych prognoz twierdzili, że Polacy chodzą do kościoła na złość rządowi. Niech tylko komunizm upadnie, a kościoły będą puste. No i upadł, i nie są puste. Spowiadający kapłani mówią, że z każdym rokiem mają większe kolejki przygotowujących się do przeżycia Wielkiejnocy czy Bożego Narodzenia. Świadczy to, że nasza wiara zakorzeniona była gdzieś w głębi polskiej duszy, a nie w przekorze wobec władzy. I takich przykładów z historii można byłoby przytaczać wiele.
Więc kiedy z lękiem i niepewnością stajemy na progu trzeciego tysiąclecia, pytając czy zachowamy wiarę, czy dochowamy wierności Chrystusowi w tych nowych warunkach, można by przytaczać przykłady tych naszych rodaków, którzy płynęli, szukając chleba i wolności, na drugi kontynent i tam budowali kościoły, modlili się w polskich parafiach, dochowali wiary. Można by przytaczać przykłady tych, których zawierucha wojenna wyrzuciła w odległe rejony Syberii czy Kazachstanu i tam dawali świadectwo żywej wiary.
Niedawno czytałem świadectwo Ewy Prusakowskiej, która przeżyła dzieciństwo w Kazachstanie, gdzie zesłano jej czwórkę rodzeństwa i matkę, z okolic Nowogródka. Kiedy znaleźli się w obcym świecie, kiedy wszystko rozpalało tęsknotę za ojczystym krajem, matka wieczorami gromadziła dzieci zawsze na modlitwę. Opowiadała o Polsce, opowiadała o Warszawie, przywołując najpiękniejsze postacie z historii ojczystej. A kiedy obok znalazła się dwójka sierot, przygarnęła dwóch - dziesięciolatka i dwunastolatka - do swojej rodziny, mówiąc: jeśli wyżywi się moja czwórka, wyżywi się i szóstka.
Największym dramatem, który przeżyła w Kazachstanie był dzień, kiedy zgubiła różaniec. Cała rodzina chodziła wokół domu szukając. A matka w nocy obudziła się z krzykiem, że śniło się jej, że wpadł do piwnicy. I rzeczywiście wpadł, znaleźli. Jak gdyby Bóg sam chciał dać znak, że te wierne dusze, które trwają na modlitwie, są Mu szczególnie bliskie. Przeżyli piekło głodu, upodlenia, pogardy dla człowieka, ale wrócili do wolnej Ojczyzny.
I kiedy przekraczali granicę w Brześciu nad Bugiem, pierwsze swe kroki skierowali do kościoła. Tam zaś staruszek ksiądz siedział w konfesjonale, gdy oni całą rodziną przyszli do spowiedzi. Ksiądz ocierał oczy z łez, gdy udzielał rozgrzeszenia, a po ostatnim dziecku, którym była właśnie autorka wspomnień, nie wytrzymał, słysząc - jak ona wspomina - że oskarża się iż wyrwała marchew z kołchozowego pola. Podszedł do niej i uściskał ją, przeżywając ich dramat i solidaryzując się z ich bólem. Przetrwali w tak różnych warunkach, wrócili do Ojczyzny z umocnioną wiarą. Kiedy matka w kilka miesięcy później umierała, majacząc przywoływała dzieci i martwiła się, żeby im ktoś krzywdy nie zrobił. To są te współczesne Marie, które potrafią mówić "tak", które swoją wierność Bogu okazują w codziennym umiłowaniu rodziny, w świadectwie wiary dojrzałej, w świadectwie życia Ewangelią.
I tu jest, Kochani, nasz szlak, na którym tak jak Chrystus we fragmencie Listu do Hebrajczyków, musimy każdego dnia powtarzać Bogu: "Oto idę, abym spełniał wolę Twoją". Tę wolę trzeba rozpoznawać jak wielką sztukę, jako wielkie zadanie, które Bóg postawił przed nami. Inne zadania miała przed sobą Maryja, kiedy musiała z małym Jezusem uciekać do Egiptu, inaczej wyglądały Jej dni, kiedy zmarł św. Józef, a oni zostali we dwoje w Nazarecie - szarość, codzienność i wierność Bogu. A inaczej, kiedy znalazła się na ulicach gwarnej Jerozolimy. Warunki były różne, wierność Bogu miała być ta sama i to samo fiat mówione Bogu wrażliwym, kochającym sercem.
Tak samo i my. Inne były warunki w czasach komunizmu, innych doświadczamy dziś, inne przyniesie trzecie tysiąclecie. Ale nie trzeba się bać nowości, każdy czas jest Bożym czasem. Bóg, jako Pan historii, oddziałuje swoją łaską nie tylko w tamtych prehistorycznych czasach, nie tylko w odległych od nas wydarzeniach zbawczych sprzed dwóch tysięcy lat, ale na co dzień, w naszej modlitwie, w naszej wierności serca. Nie należy zatrzymywać czasu, trzeba umieć, tak jak uczył Chrystus, wydobywać to co nowe i łącząc stare i nowe naszą wiernością, wypełniać nowe zadania stające przed nami.
Bieda, jeśli ktoś chciałby zatrzymać czas i nie potrafi odróżnić tego, co nowe i konieczne od tego, co ponadczasowe i naznaczone wiernością. W Stanach Zjednoczonych koło Filadelfii są skupiska holenderskich protestantów, którzy, gdy przybyli do Stanów przed wiekami, powiedzieli, że dochowają wierności swojej ojczyźnie i swojej wierze i nic nie będą zmieniać. Niestety dochowują słowa. Niestety, bo chcieliby zatrzymać czas, a to jest niemożliwe. Nie używają wozów z kołami oponowymi, bo tego nie było w ich czasach. Nie dopuszczają ubrań z suwakami, bo uważają, że to jest grzeszny wynalazek. Kiedy ktoś ze wspólnoty ze względu na pracę założył sobie telefon, wykluczyli go z Kościoła. Dzieciom każą uczyć się w ich własnych szkołach na bardzo niskim poziomie. Dziewczęta otrzymują od rodziców sugestie, żeby wychodziły za mąż tylko w kręgu współwyznawców z sąsiednich wiosek. Prowadzi to do schorzeń genetycznych i do bardzo niepokojących zjawisk kulturowych.
Nie na tym polega wierność Bogu, by zatrzymywać czas i starać się powtarzać to, co było wczoraj. Trzeba umieć z dnia wczorajszego wnieść to co dobre, piękne i Boże, ale zaakceptować dzień dzisiejszy. Tak jak Maryja rozpoznała nowe wyzwania stające przed nią, tak i my. Nie wolno nam się obrażać na współczesność, trzeba ją przepoić Bogiem. Ta łaska, która gromadzi nas w społeczności Kościoła, jest rzeczywistością pozwalającą przetrwać wszystkie wyzwania, wszystkie zagrożenia. Nie jesteśmy sami. Gdybyśmy bali się, że Kościół w trzecim tysiącleciu nie przetrzyma próby czasu, to nasza wiara byłaby słaba. Trzeba nam odwagi i silnej wiary Maryi, by wierzyć, że Bóg prowadzący swój lud po ścieżkach czasu, będzie z nami w trzecim tysiącleciu w obliczu wszystkich nowych wyzwań.
To my musimy dostrzegać nowe zadania. Nie wolno nam mówić: "Przed wojną tego nie było i było dobrze." Czy było dobrze - to osobne pytanie. Natomiast świat się tak zmienił, że jeśli nie podejmiemy nowych zadań w Kościele, nie uda nam się wytrwać w świadectwie wierności. Więc trzeba wykorzystywać te wszystkie szanse działania apostolskiego, które daje Chrystus: prasa katolicka, radio katolickie - zainteresować się, czytać, podsunąć bliskim, opowiedzieć. Dostrzec stowarzyszenia katolickie, gdzie podejmować będziemy wspólne wzywania, pogłębiać naszą duchowość, odpowiadać na te przesłania, które Bóg kieruje dziś do nas.
Uczmy się od Maryi tego wielkiego i pięknego stylu. Tyle osób uczyło się na ziemi sandomierskiej, tyle pięknych wspomnień można spotkać o świętych znanych i nieznanych z tej ziemi. Tyle dusz rzeźbiło tutaj swoją wrażliwość wpatrując się w przykład Chrystusa i Jego Matki. Ile razy spotykam Siostry Służki, to zazwyczaj, gdy się stawia pytanie skąd pochodzą - słyszę: "z sandomierskiego". Tyle pięknych świadectw mogłem czytać o tych duszach, które na tej ziemi traktowały bardzo głęboko swoją wiarę. To świadectwo jest dla nas wszystkich zobowiązaniem.
Czego możemy nauczyć się od Maryi w dniu Zwiastowania, w tym szczególnym dniu, kiedy dziękujemy Bogu za reorganizację Kościoła w Polsce, za osiem lat pasterzowania Biskupa Wacława, kiedy z ufnością patrzymy w nadchodzące tysiąclecie? Pierwsza rzecz: Maryja w rozmowie z aniołem nie stawia pytania: "Co ja z tego będę mieć?". Ktoś inny ze współczesnych potrafiłby od razu postawić warunki: "No, dobrze ja się zgodzę, ale... jedna willa w Nazarecie, druga w Jerozolimie, sprzątaczki, troska o kuchnię, żeby nie należały do moich obowiązków. I żadnych niespodzianek, żeby Bóg nie załatwiał w ostatniej chwili, tylko odpowiednio uprzedził." A tymczasem Ona nie dyktuje Bogu warunków, ze spokojem i z ufnością stara się odczytywać te zadania, które stawia przed Nią.
A potem, bez względu na to czy szlak prowadzi przez Egipt, czy przez Kafarnaum, sercem wiernym potrafiła okazywać swoje "niech się stanie". Właściwie nie dokonywała żadnych cudów, raz wyprosiła cud u Syna - dla nowożeńców w Kanie. A tak, nie wygłaszała płomiennych przemówień. Śpiew Magnificat Jej szedł za to nadzwyczaj dobrze. I właściwie Jej najdłuższą reakcją na Zwiastowanie będzie Magnificat wyśpiewane z kuzynką. Na co dzień za to prała, sprzątała, gotowała, jak większość z Was. To jest tajemnica Kościoła, w którym to co niewidzialne, Boże, wielkie, święte, łączy się z tym co proste, zwyczajne. Dzięki umiejętności tego połączenia potrafimy zachować wierność i wnieść Chrystusa w trzecie tysiąclecie.
Więc kiedy dziś modlimy się, zawierzając Bogu to wszystko co wielkie i piękne w tradycji ziemi sandomierskiej, pragnę gorąco życzyć Wam i Waszemu Pasterzowi, byście tutaj, wpatrując się w katedrze w tajemnicę Narodzin Maryi, zawsze zachowali Jej dziecięcą ufność. Byście nie dali się przerazić żadnym pesymistom, którzy lubią straszyć i wszystko widzą w czarnych barwach. Byście jak Maryja ufnym sercem przyjmowali te przesłania, które Pan kieruje do Was i jak Ona przez całe życie potrafili odpowiadać: "Oto ja, Służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa". Amen.
Błogosławieństwo
Maryjnym szlakiem wróćmy do naszych domów, śpiewając w sercu Magnificat dla Pana. Ten dzień świętości życia niech będzie także dniem promieniowania naszej świętości, która nie jest tak całkowicie nasza, bo z Boga pochodzi. Pan nas posyła i błogosławi.
Nadesłane artykuły opublikowane w serwisie internetowym są własnością autorów.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.